West highland way

W tym roku, tak jak postanowiliśmy – Szkocja. Wybór trasy wydawał się oczywisty – The West Highland Way. Jest to najpopularniejsza długodystansowa trasa w Szkocji. Ma ona 154 km długości. Zaczyna się w Milngavie a kończy w Frot William. Szlak został otwarty i oznaczona dla ruch turystycznego w 1980 roku. Od tamtego czasu jest licznie odwiedzany przez amatorów wędrówek pieszych z całego świata. Trasa została bardzo dobrze oznaczona, wszędzie możemy spotkać drogowskazy z logo szlaku. Także raczej nie ma obawy, że zagubimy się po drodze, a mapy lub GPS będą nam służyły tylko do określenia swojej pozycji i odległości pozostałej do pokonania.

Początek trasy znajduje się w podmiejskiej dzielnicy Glasgow, Milngave, a koniec w Frot William. Nadmorskiej miejscowości na jakieś 130 km na północ od Glasgow. Postanowiliśmy dojechać pociągiem – dostajemy się do Milngave pociągiem poprzez stację Glasgow Central. Wspaniały dworzec, jakże typowy dla architektury XIX wieku. Fasada i część biurowa z kasami i lobby, sprawia monumentalne wrażenie, natomiast tory przykryte są stalowym baldachimem. Z niewielkim trudem można wyobrazić sobie dymiące parowozy wjeżdżające na stację. Czeka nas tutaj przesiadka. Dworzec jest ogromny a pociąg, który ma nas zabrać odjeżdża oczywiście z najbardziej oddalonego peronu. Musimy więc się trochę przejść.

Tak zaczyna się jedna z fajniejszych wędrówkę w jaką wdepnąłem.

O tym, że gdzieś musimy iść razem zdecydowaliśmy chyba jeszcze w 2017 roku. Błażej, Michu i ja. Kiedyś dużo podróżowaliśmy, a raczej włóczyliśmy się, między innymi po górach. Ale te dni są już dawno jedynie pożółkłymi fotografiami. Postanowiliśmy tego kotleta odgrzać i zobaczyć co się stanie. Michał zaproponował west highland way.  Wniosek przeszedł, choć po cichu przyznać muszę, że trochę obawiałem się pogody. Jestem raczej słońcolubny. Zdawałem sobie bowiem sprawę, że piękna szkocka pogoda jest wtedy jak „siąpi trochę z ukosa” (W. Wallace – Braveheart).

Sprawdziliśmy trasę i chłopaki zabukowali hotele i hostele. Pełną listę podam poniżej. Należy dobrze zaplanować tego typu trasę i miejsca postoju, szczególnie gdy ma się czas ograniczony zakupionym biletem powrotnym. Jeśli jest możliwość to zawsze uważam, że najlepiej jest dobrze poznać trasę ale już iść swoim tempem i na żywioł, nie spiesząc się można lepiej podziwiać widoki. Ale niestety ograniczał mnie czas.

Jako że byliśmy nowi na takiej imprezie to postanowiliśmy, że pierwszą noc robimy w namiocie, a resztę już pod dachem, a namiot zostawimy w pierwszym napotkanym schronisku i odbierzemy na powrocie. Wynikało to z kilku przyczyn. Po pierwsze naprawdę nie wiedzieliśmy jak nam pójdzie i jaka będzie pogoda. W suchym miejscu łatwiej się zregenerować, w hostelu można się wysuszyć, a chodzenie z mokrym namiotem nie należy do przyjemnych.

Tutaj link z całą trasą z podziałem na odcinki

Gear – czyli co wrzucamy do plecaka.

Na Youtube jest kilka filmów o tym co zabrać ze sobą na kilkudniowy hike po Szkocji, w języku angielskim, dlatego poniżej wypisze to co wydaje mi się najważniejsze.

  1. plecak – ja miałem 80 litrowy, za duży, za ciężki, dosyć już stary plecak (kupiony jakoś w 2003 roku) z cordutry. Trochę szaleństwo, ale z drugiej strony konia bym tam zmieścił. Polecam (sobie również) zakup plecaka około 60 litrów z kilkoma zewnętrznymi kieszeniami i możliwością przytroczenia śpiwora, karimaty i namiotu. To bardzo ważne nie wszystko zmieści się pod górną pokrywą. Należy też pamiętać żeby mieć ochraniacz przeciwdeszczowy na plecak.
  2. namiot – Niestety w końcu nie kupiłem namiotu i trochę żałuję, także nie będę się wypowiadał. Ale cóż będzie następna wyprawa.
  3. karimata i śpiwór. Najlepsze rozwiązanie to zwykła karimata, żadne dmuchane wynalazki, czy samopompujące maty – na obu się zawiodłem. Karimata się nie przebije zaraz drugiego dnia. Ma swój gabaryt, ale jak mamy troki to jest ok. Śpiwór – przy zakupie należy spojrzeć na min temperaturę. Ja mam taki od 7 stopni i jest ok. Jeszcze nie zmarzłem w lato.
  4.  Ubranie, nie przesadzać, nie będziesz się przebierać za dużo. Dobrze jest mieć ciuchy lekkie szybkoschnące. Na jednym z filmów na YouTube powiedzieli – nie przejmuj się jak będziesz śmierdział, na hike wszyscy śmierdzą :
    • bielizna termoaktywna – z długim rękawem, góra i dół
    • koszulki szybkoschnące z krótkim rękawem x 2
    • spodnie haiking szybkoschnące
    • kurtka deszczowo-wiatrowa – w miarę cienka
    • spodenki krótkie sportowe z siatką
    • skarpety średnie x 3
    • bawełniana koszulka x 1
    • polar lekki lub lekka bluza – zarówno polar jak i bluza używam tylko w hostelu po prysznicu, jeden lekki zestaw przez cały hike, żeby się mieć jak ludziom pokazać.
    • zapas bielizny
    • dodatki do odzieży: czapka, chusta na szyję (bo wieje), rękawiczki rowerowe, rękawiczka do ogniska, klapki basenowe (pod prysznic i do użycia na obozowisku w hostelu.
  5. Higiena – poz oczywistą szczoteczką do zębów i pastą – nie zabieraj zbyt wiele. To niepotrzebny balast.:
    • papier toaletoway
    • chusteczki suche
    • chusteczki mokre
    • duużo plastrów
    • bandaż x 2, gaza etc (mała apteczka)
    • chusteczki odkażające
    • mydło campingowe w tubce przeciwbakteryjne
    • urządzenie na kleszcze
  6. Oczywiście jakieś tabletki przeciwbólowe i coś na gardło.
  7. Jedzenie: batony energetyczne, czekolada (może też się przydać aby podarować je aniołowi w ludzkiej skórze), zupki instant (choć ja preferuję gorące kubki) itd itp. Po drodze spotyka się miejsca gdzie można smacznie zjeść i napić się piwa. My tak robiliśmy. Można popróbować najróżniejsze miejscowe potrawy, oczywiście dobre ryby z frytkami, haggies, burgery. Jedzenie jest pyszne – zwłaszcza po wędrówce. Teren nie jest całkowicie odludny, przechodzimy przez małe miejscowości, więc nie ma obawy, że jak skończy nam się prowiant to kapota, ale ze względu na ceny – batony i gorące kubki lepiej kupić jeszcze w Glasgow. Duże obciążenie stanowi oczywiście woda. Ale dobrze mieć ta przynajmniej półtora litrową butelkę na każdy odcinek, ja miałem 5-go dnia dwie półlitrowe i woda skończyła mi się jakieś 2 godziny przed osiągnięciem celu. Niby niewiele, ale miałem niezłą nauczkę. Aha i jeszcze świetny wynalazek: Pita – zamiast chleba. Dobrze jak ktoś ma małą kuchenkę gazową i garnek żeby zagrzać wrzątek. To jest zawsze dobra sprawa.
  8. Inne:
    • latarka/ latarka na głowę (czołówka);
    • kapelusz na komary (nam się nie przydał, ale zaraz po naszym wyjeździe nastąpił taki wysyp meszek (midgets) że potrafiłby zmarnować każdą przygodą, to samo jest nieraz z komarami, także jak uważasz.
    • baterie do latarki
    • batery pack 5000mHA
    • telefon z GPS
    • hamak – świetna sprawa na postoje.
    • łyżko-widelec
    • kompas
    • menażka / kubek, kuchenka
    • sznurek lub bransoleta niezbędnik (nigdy nie wiadomo)
    • zapalniczka benzynowa
    • worki na śmieci
    • tasma izolacyjna
    • spray na komary
    • chusteczki mokre
    • ręcznik z mikrofibry
    • kijki nordic walking

OK po skompletowaniu sprzętu możemy wychodzić na szlak.

Dzień pierwszy – Milngave do Drymen. Ten odcinek prowadzi nas przez lasy i pola, Mugdock Country Park. Wspaniały widok na wzgórza Dumgoyne. Po drodze mijamy Glengoyne Distillery, tam można pokusić się o zakup lub degustację. My się pokusiliśmy i nie żałowaliśmy. Przed samym Drymen mijamy małe pole Campingowe. Tutaj. Warunki sanitarne – dość obskurne, toaleta i kuchnia znajdują się w wydzielonej przez miejscowego rolnika części …stodoły? Ale nie trzeba narzekać. Woda jest, prąd jest ale tylko w tej prowizorycznej kuchni. Można wziąć prysznic. Tam przesypiamy pierwszą noc. Wieczorem jest fajnie. Poznajemy trochę ludzi z gracją degustujemy tą butelkę zakupioną wcześniej w destylarni. Pogoda jest piękna. Można pójść drogą jakieś 300 metrów dalej w kierunku Drymen. Tam na szczycie pagórka ławka z pięknym widokiem na góry. Ah… Szkocja. Pierwszy odcinek miał 20,5 km długości.

Dzień drugi, wstajemy na campingu. Niektórzy wychodzą wcześnie rano, więcej czasu w trasie, lub mniej wolnych dni… różnie to bywa. Ładujemy telefony, jemy śniadanie i ruszamy w drogę. Omijamy Drymen i dochodzimy do miejsca w którym szlak się rozchodzi na dwie strony. Jedna idzie pod szczytem wzgórza i potem schodzi z nich stromą ścieżką do Balmacha, i druga – szeroka droga prowadząca do jeziora a potem do Balmacha. Jako, że jak mówiłem jesteśmy nowi w te klocki to wybieramy drogę łatwiejszą po niedługim czasie docieramy do Balmacha. Tam w restauracji pyszna ryba z frytkami. Marzenie. Do tego miejscowe piwo. Dla podniebienia to raj. Ale ruszmay w dalszą trasę – musimy wejść na górujące nad zatoką strome wzgórze. Dobre miejsce na poobiednią siestę. Dalej trasa prowadzi wzdłuż jeziora. Aż docieramy do hostelu Rowerdennan –  tutaj lokalizacja. Ten odcinek ma jakieś 26km.

Dzień trzeci – Wstajemy w hostelu. Już czujemy nogi. Już wiemy, że nie będzie nam, mieszczuchom lekko. Ale trzeba się zebrać i ruszać. Przed nami pierwszy odcinek o długości ponad 30 km. Trzeba ruszyć wcześnie żeby mieć więcej czasu na drodze. Szlak prowadzi początkowo leśną drogą, dopiero potem schodzi nad samo jezioro. Tam mijamy cudowne wodospady i niesamowicie zieloną szatę roślinną. Całe szczęście mamy piękną słoneczną pogodę. Idąc mijamy kilka pięknych plaż, na których można rozbić obóz, zapalić ognisko, czy odpocząć. Dalej szlak prowadzi do Inversnaid Hotel. Zajazdu zbudowanego na skale, tuż obok pięknego wodospadu. Znajduje się tu przystań dla jachtów i tramwajów wodnych. W hotelu można zamówić jedzenie i drinki. My postanowiliśmy kupić wyborne burgery. Pozdrowienia dla barmana z Polski – jesteśmy wszędzie. Po jedzeniu musimy się ogarnąć – co robić dalej. Dotąd zrobiliśmy jakieś 16 km. Jest godzina 14:00 – niestety za późno wyruszyliśmy z hostelu i dotarliśmy za późno aby dostać się zgodnie z planem do Crianlarich – do którego zostało nam jeszcze minimum 20 km dość trudnego szlaku. Nic to jest jeszcze jedna opcja dla leniuchów. Wsiadamy na tramwaj wodny płynący na druga stronę jeziora. Tramwaj płynie na południe do Tarbet, tam o 19:00 z minutami mamy autobus do Crianlarich – jest to ostatni autobus w tamta stronę. Sama podróż tramwajem zajmuje około godzinę. Także około 16:00 jesteśmy w Tarbet. Czekamy na autobus kosztując produkty miejscowej fermentacji. Trochę oszukaliśmy ale nie dali byśmy rady dojść do później nocy. Trzeba mierzyć siły na zamiary, musimy przecież dojść do końca trasy. Postanowiliśmy sobie, że jeszcze wrócimy i zrobimy ten odcinek przejechany busem. Zostawmy to jednak w chwili obecnej -przecież o to chodzi żeby mieć też trochę zabawy. Rejs statkiem wśród wzgórz też był bardzo fajny i dość spontaniczny. Na środku zatoki znajduje się mała skalista wysepka. Wyspa miłości. Legenda głosi, że młoda parę wysyłano na tą wyspę zaraz po ślubie na miesiąc miodowy. Zważając na ogólnie panujące tutaj warunki atmosferyczne… nie polecam. Docieramy do hostelu w Crinlarich Youth Hotel. Zrobiliśmy tylko 16 km, resztę tramwajem wodnym i autobusem, ale może to i dobrze. Nogi trochę odpoczęły.

Nazajutrz wstajemy rano – dzień czwarty – śniadanie w hostelu i wyjście. Z miejscowości trzeba przejść jakieś 3 km żeby się dostać na szlak. Tutaj zaczynają się już wyższe i bardziej strome podejścia. Zmienia się szata leśna. Tu dopiero czuć, że zbliżamy się do gór. Idąc leśnym szlakiem dochodzimy do Tyndrum. Ten etap ma około 9 km. W Tyndrum żeby coś zjeść trzeba zejść ze szlaku i można wsunąć pysznego fischburgera:) W tym miejscu chciałbym nawiązać do pożywienia. Na trasie zawsze jedliśmy w połowie drogi. Zawsze miejscowe specjały, pyszne ryby z frytkami, huggies, czy fishburgery. Porcja dla jednej osoby na obiad to wydatek około 10-15 futnów plus jakieś 6 funtów piwo. Jedzenie jest pyszne i warto popróbować miejscowej kuchni. Jeśli chodzi o pożywienie na trasie, to batony energetyczne, orzechy, coś do smarowania pieczywa i – bardzo fajny pomysł – pita. Woda – trzeba mieć około 2 litry na dzień drogi.

Z Tyndrum wchodzimy w mordor. Pustkowia. Szlak prowadzi zboczem wysokich wzgórz, już można je nazwać górami. Pustkowie, kończą się drzewa, widać na dalekie mile. Przed nami na północy malują się góry. Pięknie. Jakieś 5km od Tyndrum robimy odpoczynek. Widoki zapierają dech. Dochodzimy do hotelu w miejscowości Bridge of Ohry, potem strome podejście na górę za rzeką. Z niej już widok na Highland jest pełny i niczym nie zmącony. W dole nad jeziorem nas środku pustkowia, mały budynek. Hotel Invernoran. Magiczne miejsce bez zasięgu. Pub na środku niczego.  Pięknie prowadzony hotelik. Bardzo drogi. 50 funtów za noc, ale warte tego. Docieramy wykończeni, kolacja możliwa we własnym zakresie jeśli się coś nabyło w Tyndrum, lub drogi prowiant na miejscu.

Dzień piąty – śniadanie w cenie. Pyszne ryby, duża porcja. Można kupić kanapki na droge, też drogie. Hotel prowadzi Węgier i Rumun. Dostałem dobre kanapki na drogę, także równe chłopy, choć rumu do herbaty nie chcieli mi sprzedać. W Szkocji nie kupisz alkoholu przed 10:00. a ja muszę ruszać wcześnie. Pierwszy odcinek to około 15 km Old Military Road. Droga kamienista, dobrze mieć twarde podeszwy w butach. Piękne widoki i nadal Mordor. Droga dociera do Glencoe Ski Resort, nie wchodzę tam, myślałem że odpocznę i coś zjem W Kingshouse Hotel – jakieś 2 km dalej. Niestety tam odbywa się remont – coś przebudowują i …zamknięte. Dobrze, że mam jeszcze prowiant. Także dobrze było by się zatrzymać na szybki lunch w tym Glencoe. Ale już nie chcę wracać, bo przede mną bardzo strome podejście i jeszcze jakieś 18 km. to jest najdłuższy odcinek jaki udało mi się zrobić na tej wycieczce. Po krótkim popasie nad mostem ruszam dalej. Jakieś 2 km dalej zaczyna się Devils Staircase. Podejśćie na wysoką przełęcz, z której roztacza się cudowny widok na highland.  Tutaj odpoczywam dłużej. Po drugiej stronie przełęczy długie zejście w kierunku Kinochleven gdzie zatrzymujemy się w Blackwater Hostel. Przyjemne miejsce. Trzeba mieć swój prowiant, ale tutaj to nie problem. Jest to większa miejscowość z Pubami i sklepami. Pyszna ryba z miejscowego połowu. Miejsce jest otocozne zielonymi wzgórzami. Przez środek przepływa rzeka Leven, przy jej nurcie postawiono pokaźnych rozmiarów elektrownię wodną zasilaną skanalizowaną wodą z gór. Pokaźna infrastruktura doprowadzająca wodę – 5 wielkich rur, jedna przy drugiej w betonowym jarzmie – każda około metrowej średnicy, i długości jakichś 2 kilometrów – spięte razem. Czarne. Zaburzają wrażenia estetyczne widoku gór.  Ale pokazują jak można wykorzystać to co daje nam natura.

Dzień szósty – ostatni – Droga do Fort Willaim. Piękne widoki. Dość długi po dwudziesto-kilku kilometrowy odcinek po pustkowiach Szkocji. Należy mieć prowiant na cały dzień drogi. Na sam koniec po prawej wyżynne grodzisko, w Życiu czegoś takiego nie widziałem. Grodzisko epoki brązu położone na wysokim wzgórzu, bardzo wysoko. Szaleje silny wiatr, grodzisko i całe wzgórze pokryte jest zieloną trawą. Rozciąga się z niego wspaniały widok na Ben Nevis, najwyższą górę Brytanii. Widok jest wspaniały. Ale zaczyna się psuć pogoda więc ruszamy dalej do Fort William. Wieczerzamy w Glen Nevis Restaurant – pyszne burgery z rybami i piwo. Bardzo przyjemne miejsce z tradycyjnymi potrawami. Można przenocować na kempingu nieopodal. Tutaj chciałbym nawiązać do nocowania w namiotach. Ogołnie można nocować wszędzie po drogę. W kilku miejscach są kampingi, ale tez można na dziko. Można spokojnie przejść całą trasę z namiotem bez rezerwacji hoteli.  Trzeba się jednak liczyć z pogodą, która  może być …co tu dużo mówić – szkocka. Błażej został na grodzisku, tam postanowił przespać noc. Niesamowite miejsce na nocleg. Stąd już autem ruszamy do Fort William, jakieś 2 km. Tam znajduje się oficjalny koniec trasy. Nie mówię uczciwie że zrobiliśmy wszystko, daliśmy radę tylko 150km. Jednak to nie tylko chodzi o zrobienie, nie ma żadnego musu. Chodzi o to żeby iść w dobrym towarzystwie, podziwiać widoki, dobrze zjeść, poznać trochę specyfikę tego kraju. Nam się udało. Jesteśmy zmęczeni i zadowoleni. Chyba każdy z nas zrobił to co chciał zrobić podczas tej wyprawy.

Rano idziemy do centrum Fort William, tam do wspaniałej restauracji z owocami morza. znajduje się ona na nabrzerzu do którego przybija statek wycieczkowy. Co za uczta, nie będę nawet jej opsywał, skosztowaliśmy miejscowych specjałów, tego się nie da opisać. Powrót, z Fort William – dzieki Ilonie, autem do Glasgow.

I to koniec wyprawy. Było warto.

Przeszliśmy się w maju 2018.

Reklamy
Opublikowano wycieczki | 1 komentarz

Thessalonica grafitti

Thessalonica graffiti.

Jakiś czas temu byłem w Thessalonica – niesamowite miasto. Podzielone jest na kilka dzielnic. Mieszkałem w południowej dzielnicy.

Widok na rotundę otoczoną współczesnymi budynkami mieszkalnymi.

Gdy jednak udamy się na górujące nad miastem wzgórze, na którym znajduje się zamek i pozostałości średniowiecznych murów miejskich odkryjemy trochę inne oblicze miasta. Schodząc ze wzgórza w kierunku rotundy (wkrótce w kolejnym wpisie) znajdziemy całą masę wpisów i gaffiti. Żeby je odnaleźć trzeba się sporo pokręcić po mieście, a ja z racji moich zainteresowań miałem ograniczony czas i skupiałem się głównie na zabytkach. Jednak kilka wpisów udało mi się uwiecznić po drodze. Aby zobaczyć ogrom tego świata wystarczy wpisać w przeglądarce „thessalonica graffiti” lub, co oczywiście bardziej polecam – spędzić kilka dni przechadzając się uliczkami tego gwarnego miasta. Enjoy.

Niestety nie znam greckiego ale zafascynowała mnie ta sztuka uliczna. W wielkich miastach Grecji (Ateny w jednym linku) nie ma kawałka muru, na którym nie zapisano by jakiejś sentencji, wpisu, pseudonimu lub kolorowego rysunku.

Poniżej kilka przykładów tego czym jest to miasto i czym żyje.

Tłumaczenia – Aleksandra która mieszka w Salonikach – wielkie dzięki Ola 🙂

„Wojskowa okupacja (okupantow???) demokracja błąka się po Ano Poli (górnym=starym miescie). Wynoście się gliny zewsząd.”

„Cela 719
Stuttgart
Zabraniacie wszystkiego
Nie uda wam się jednak zabronić (nam) ironicznego uśmiechu przed waszymi głupimi twarzami. Cały wasz świat się wali dzięki naszemu uśmiechowi, który sprawia, że macie gęsią skórkę.”

Ten jest ciekawy 🙂

„Jestem chłopcem. Lubię bawić się lalkami i nosić sukienki”

O co kaman?

„Uwolnić Palestynę”

„Germany is the problem – not the solution!”. Niestety nie udało mi się złapać ostrości. To jeszcze robione starym aparatem.

Gdy byłem w Grecji akurat toczyły się antyrządowe demonstracje. Widać oddźwięk kryzysu.

Ogólnie polecam ta miejscowość. Wspaniała baza do zwiedzania lub wypoczynku w północnej części Morza Egejskiego.

Wizyta: luty 2017

Opublikowano architektura nowożytna, Grecja | Otagowano , , | 1 komentarz

Kaplica św. Trójcy na wzgórzu zamkowym w Lublinie.

Lublin – jedno z najważniejszych miast w historii Polski. Zamek w Lublinie był areną wielu znamiennych, wspaniałych i strasznych wydarzeń.

Średniowieczna budowla została zniszczona w czasie potopu szwedzkiego. Pozostały po niej tylko dwukondygnacyjna gotycka bryła zamkowej kaplicy z XIV wieku, oraz późnoromański stołp z XIII wieku.

Na zamku lubelskim w 1386 roku podczas zjazdu szlachty, ogłoszono że to Władysław Jagiełło będzie królem. Jagiełło często potem bywał w Lublinie.

Na jego zlecenie malarze ruscy pod kierownictwem mistrza Andrzeja (co potwierdzają zachowane na jednej ze ścian inskrypcje) ukończyli w 1418 roku wspaniałe polichromie bizantyjsko-ruskie. Takie połączenie zachodnioeuropejskiej architektury gotyckiej i wschodniego malarstwa w jednej budowli to ewenement w skali europejskiej.

Dokładniejszy opis znajduje sie na stronie kaplicy – link tutaj.

Pozostaje tylko udać się na zamek w Lublinie i podziwiać to wyjątkowe dzieło.

Wizyta – kwiecień 2018

Opublikowano architektura bizantyjska, architektura gotycka, zabytki polskie | Otagowano | 1 komentarz

Przeprawa Marszałka Paskiewicza przez Wisłę w 1831 roku pod Osiekiem.

Jakiś czas temu natknąłem się na relikty umocnień ziemnych, w okolicy miejscowości Osiek na przeciwległym od Ciechocinka brzegu Wisły (tutaj link do tego wpisu). Wydaje mi się, że są one związane z przeprawą marszałka Paskiewicza. Artykuł ten dotyczy własnie przeprawy wojsk rosyjskich pod Osiekiem do Ciechocinka. Cytaty tu zawarte pochodzą z książki „Kampania Polska Księcia Paskiewicz w 1831 roku” Warszawa 1899. Jest to właściwie tłumaczenie na język Polski z Francuskiego jednego tomu dzieła „Feldmarszałek książę Paskiewicz, jego życie polityczne i wojskowe, na podstawie niewydanych dokumentów”, spisanego przez generała księcia Szczerbatowskiego, będącym opracowaniem zbioru listów i pamiętników z archiwum rodziny Paskiewiczów.

Muszę przyznać, że zaskoczył mnie ton wielu listów, szczególnie ton jakiego używa Car Mikołaj I. Jawi się on jako osoba niezwykle spokojna i dystyngowana, obraz jakże odmienny od tego jaki wpaja się nam w szkołach. Książka ta warta jest przeczytania, dla każdego kto chciałby wiedzieć co sądzili o Polakach adwersarze z czasu zaborów. A także jest to wspaniała pozycja dla badaczy wojskowości tego okresu.

Lato 1831 roku. Na ziemiach królestwa kongresowego trwa rewolucja listopadowa. Piszę rewolucja, ponieważ tak nazywali ją współcześni. Powstanie od początku miało charakter zrywu rewolucyjnego, w którym na kanwie wydarzeń w zachodniej europie, oprócz haseł niepodległościowych wznoszono też hasła nawołujące do zmian ustrojowych Rzeczypospolitej.
Nie będę tutaj rozpisywał się na temat przyczyn wybuchu tego zrywu. Wiele ciekawych teorii na ten temat można znaleźć w literaturze, ale i w formie wykładów na portalu You Tube. Szczególnie ciekawy wykład na ten temat wygłosił Grzegorz Braun i znając mentalność narodu, wcale nie zdziwiła mnie jego teoria (tutaj link), chociaż kontrowersyjna to jednak ciekawa.

Tak jak pisałem – trwa powstanie, po nierozstrzygniętej bitwie o Olszynkę Grochowską ma miejsce szereg innych bitew i potyczek, które doprowadzają wreszcie do przegranej wojsk polskich w bitwie pod Ostrołęką. Rosyjską armią w Polsce dowodzi marszałek Dybicz. Niestety dla Rosjan Dybicz w tej kampanii wykazuje się całkowitym brakiem talentu i determinacji. Car Mikołaj I w listach do niego ruga wciąż jego opieszałość w działaniach: „Doprawdy nikt tutaj nie rozumie co waść czynisz” etc. Rzeczywiście można przyznać, że tak było. Dzięki opieszałości dowódcy rosyjskiego powstanie może się rozwijać znacznie lepiej niż miałoby to miejsce gdyby bardziej energiczny dowódca był adwersarzem Polaków.

Jednakże los odmienia się w połowie roku. 10 Czerwca 1831 roku, zaraz po zwycięskiej bitwie pod Ostrołęką Marszałek Iwan Iwanowicz Dybicz Zabałakński oddał ducha w wsi pod Pułtuskiem na skutek zarażenia cholerą. Dowództwo po nim objął na krótko jego szef sztabu gen. Toll, ale docelowo Car mianował na to stanowisko generała-feldmarszałka Iwana Paskiewicza. Był on zwycięskim wodzem kampanii w Armenii i Persji, jednym z najlepszych dowódców w wojnie rosyjsko-tureckiej, oraz jednym z najbliższych osób Cara Mikołaja I (przez pewien czas, zanim Mikołaj wstapił na tron Paskiewicz był dowódcą oddziału, w którym przyszły car służył).

Paskiewcz zdaje sobie sprawę, że zdobycie Warszawy od strony Pragi będzie przedsięwzięciem bardzo trudnym i zagrożonym porażką. Lepszym wyjściem było okrążenie miasta od zachodu. Plany takie pojawiły się już wcześniej. Dybicz już wcześniej bez konsultacji z Petersburgiem, przez ambasadora w Berlinie p.Alopeusa prosił Fryderyka III Wilhelma o możliwość przejścia armii rosyjskiej przez most w Toruniu. Fryderyk odpowiada, że podobne pomysły spowodują postawienie pod broń 400 tys. bagnetów w Wielkopolsce, po czym następuje ochłodzenie stosunków (str 35). Dybiczowi za to również się dostało od Cara. Widać jednak, że obaj zaborcy wciąż patrzyli sobie na ręce i jak to w polityce, mieli do siebie bardzo ograniczone zaufanie.

Paskiewicz ma więc inny plan, pisze do Cara „należy wyjednać od rządu pruskiego, ażeby nam pozwolił zgromadzić w Toruniu 100 tys. czwarterii zboża i 100 tys. czwarterii siana. […] trzeba również przygotować na Wiśle około 100 tratew, z których każda mogłaby unieść 100 ludzi. Tym samym przeprawć korpus 10 tys. ludzi dla usypania na przeciwnym brzegu rzeki szańca przedmostowego i przygotowania co należy dla budowy mostu, który tym sposobem mógłby być gotowy w ciągu czterdziestu ośmiu godzin.” (str. 18 i 19). „Fortyfikacje, których urządzenie nad Wisłą proponuję, zawierające składy żywności i materiały potrzebne do przeprawy, mogą służyć również do wysyłania żywności i zapobiegną konieczności utrzymania dwóch linii komunikacyjnych”. Dalej nalega, na konieczność ufortyfikowania obu brzegów, dla osłony żywności, amunicji, lazaretu i taboru. Dodatkowo generał stosuje memoriał do Cara odnośnie zaopatrzenia w amunicję drogą morską, a dalej Wisłą przez Gdańsk i Toruń.: naboje dla 400 dział (1/3 granaty, 2/3 kartacze), oraz do 100 tys. karabinów piechoty i 20 tys. karabinów jazdy. 60 naboi na karabin piechura, i 20 naboi na karabin jazdy (str 19).

Tutaj napotykamy także na jeden z głównych problemów logistycznych każdej armii – aprowizacja. Dybicz na tym polu nie popisał się odpowiednim działaniem, jego armia miała wieczne problemy z żywnością. On nie dostrzegał tutaj zagrożenia. Uważał to za drugorzędne, wychodził z założenia, że najważniejsza jest odwaga i bitność żołnierza. Zapomniał, jak się walczy z pustym żołądkiem.

Paskiewicz wręcz odwrotnie. Organizuje kupców w Toruniu, którzy mają zając się zakupem żywności i furażu. Sprawę komplikują na niekorzyść Rosjan nieliczne ogniska cholery. Toruń staje się miastem zamkniętym, wszelki transport, opóźnia się z powodu kwarantanny. Rosjanie wielokrotnie prosili o jej zniesienie jednakże zostaje ona utrzymana przez cały czas operacji. Bedzie to jeden z głównych problemów głównodowodzącego.

Marsz ku przeprawie.

Paskiewicz sam wskazał orientacyjne miejsce przeprawy. Generałowie hr.Pahlen i ks.Gorczakow otrzymali polecenie wyszukania dogodnego miejsca budowy mostu. Wymarsz armii następuje 4-go lipca. Pogoda jest deszczowa i wojsko porusza się tylko 15-km dziennie. 25-go lipca (tu jest błąd powinno być chyba 5-go?) Paskiewicz rusza z Rogotworska na Płock – wtedy jeszcze nie wie dokładnie gdzie się przeprawi – w okolicy Nieszawy czy Osieka. Natomiast w liście do Cara z 13-go lipca pisze tak – „wybrane miejsce
znajduje się dwie wiorsty od wsi Silna gdzie znajduje się kwarantanna i gdzie nagromadzono część naszej żywności. Sam most rzucony będzie przez dwie wyspy, oznaczone na naszych mapach, jako należące do Prus, a faktycznie objęte granicami Królestwa” (str. 35). Plan zaczyna nabierać kształtów.

Co robili Polacy? Ks. Czartoryski i Kwatermistrz gen. Prądzyński domagali się od Gen. Skrzynieckeigo ataku na przeprawiającą się armie. Prądzyński pisał w pamiętniku: „Znaliśmy od dawna nie tylko projekt przeprawy przez Wisłę, ale nawet miejsce, w którym ma on nastąpić.” Niestety Skrzyniecki obciążony klęską Ostrołęcką i niepokojami w Wawie nie chciał się zgodzić na zdanie większości. Dybicz więc w ciągu tygodnia porobił przygotowania do przeprawy (str 26 i 27). 10 tys polskich żołnierzy przeszło Wisłę we włocławki i płocku aby atakować linie zaopatrzenia. Skrzynecki ruch ten podjął niechętnie i pod naciskiem. Były to jednak zbyt małe siły. 10-go Paskiewicz staje w Płocku. Polskie oddziały jazdy zajęły wcześniej Płońsk, ale musiały się cofnąć. nie miały dość siły aby utrzymać miasto. 11-go Rosjanin dowiaduje się o zbliżaniu się polskiej piechoty trzema kolumnami, były to 2 dewizie, dowodzone przez Prądzyńskiego. Który chce ściągnąć Rosjan pod ostrzał twierdzy Modlińskiej. Paskiewicz jednak odgadł ten zamiar i odchodzi na Lipno, chce kontynuować plan. Natomiast Skrzynecki odwołuje Prądzyńskiego do Modlina, zastępuje go Muhlberg go i waha się. Paskiewicz w Lipnie przyłącza 20 tys. korpus Pahlena. Muhlberg cofa się za Wisłę, a Paskiewicz rozkazuje Gerstenzweigow, żeby wraz z jazdą osłaniał armię od południa.

Pojawiają się wąt0pliwości – Paskiewicz do Cara – „w Toruniu jest żywności na zaledwie na miesiąc, nim świeża przybędzie, zużytkujemy dziesięciodniowe zapasy” zastanawia się czy może dojść do Warszawy mając zapasy tylko na 20 dni?

Gerstenzweig przeprawia się przez Wisłę i napotyka Muhlberga – ma miejsce potyczka, po której Polacy cofają się do Modlina.

Paskiewicz do Cara – tryumfując „wszystko wojsko polskie cofa się do Modlina dla obrony Warszawy”

W tym czasie oddział Litewski Giełguda przeszedł do Prus i został rozbrojony, więc korpus litewski skierowano na pomoc Paskiewiczowi.

Armia główna dociera do Wisły 13 lipca, hr Pahlen donosi Paskiewiczowi, że łodzie z żywnością wylądowały. Następnie przeznaczono je do budowy mostu. Budowa trwa najwyżej 3 dni. Z dwu wysp ta najbliższa lewego brzegu zostaje zajęta 13-go lipca (2 bataliony piechoty i 8 dział). Lewy brzeg rzeki jednak nie jest broniony. Wojsko odpoczywa.

Okoliczności przeprawy.

Stosunek Prusaków – Fryderyk III Wilchelm jest sercem po stronie Mikołaja, ale jego administracja nie, skutkiem opóźniają się dostawy. Kwarantanna z powodu cholery daje im liczne preteksty. Paskiewicz ma żywności na 2 tygodnie i mało wozów. Ma dylemat, czy czekać na żywność czy iść dalej. Decyduje się na przeprawę i marsz na Łowicz. -16-go lipca – Most pontonowy jest gotów. Pozostaje pontony ustawić między wyspami.

Na pierwszej wyspie Rosjanie ostawiają baterie 20 dział, na drugiej 48. Jazda znajduje dogodne brody do przejścia. Pierwszy przechodzi gen. Gurko – 2-ga brygada, 2-ej dywizji. Sypią szaniec przedmostowy. 3-s dywizja grenadierów sypie szaniec po prawej stornie. Oba szańce są gotowe 17-go lipca.

Przechodzi pierwszy korpus i ustawia szyk w okolicy warzelni soli, wysyłając straż przednią do Raciązka. Kozacy rozsypali się od granicy na północy aż do włocławka.
Pogrom i pożoga.

Wtedy mostem ruszają wozy z eskortą, przechodzą wszystkie do wieczora 19-go lipca. Generał i sztab przeprawił się 20-go. Cała przeprawa zostaje zakończona 21-go lipca. Sukces Paskiewicza. 22-go lica sztab lokalizuje się w Nieszawie.

Dozór nad mostem i szańcami otrzymuje Gen Baron Renne, mając do dyspozycji 3 pułki strzelców i 2 pułki kozackie, batalion saperów i 20 dział. Paskiewicz dając instrukcje podkreśla, że most jest bardzo ważnym ogniwem między armią i magazynami przy granicy pruskiej. Nakazuje aby dwa pułki rozdzielono na szańce obu brzegów, a trzeci i artyleria ma być rozłożona na wyspie. Prawej strony miały strzec dwa pułki kozaków. Oprócz tego jest jeszcze do dyspozycji osiem statków na Wiśle.

mapa lidar: link

Ogólna liczba wojska przeprawionego po moście w Osieku – 54 tys.

21 lipca: Grenadyerzy lokują się w Brudnowie, Gwardia w Rzeźnie, a hr.Pahlen w Łowiczku.

Żywność, z którą nadal są problemy – ze 150 tys czetwerti mąki będących w Toruniu z powodu kilku wypadków cholery na granicy dotarło jedynie 20 tys. czetwerti.

Jak podaje „Popularny wykład początków arytmetyki”,
A.Barciński 1856
Jednostką do mierzenia ciał sypkich jest czetwert.
Czetwert = 8 czetwerykom.
Czetweryk = 8 garncom rossyjskim.)
Garniec = 4 kwartom ros.

Miara rosyjska:
1 garniec = 3,28L
1 czetwiertik = 8 garncy = ok. 26,4 litra

Tak więc 1 czetwert = 8 czetwiertik = ok 211 litrów.

20 tys czetwerti to wychodzi około 4200 metrów sześciennych zboża to jest około 2500 ton – jakieś 80 naczep współczesnej ciężarówki. Nie wiem czy te obliczanie są słuszne. Bo ta ilość wydaje mi się ogromna. Ale to były zapasy dla 54 tys ludzi na 2 tygodnie.

Aby sprostać potrzebom aprowizacji Od 21-go lipca 5000 ludzi pod dowództwem komendanta grenadierów Szipowa wypieka w Raciążku suchary w 550 piecach. W 5 dni 10-tys czetwerii (265 metrów sześciennych) mąki zamieniono na suchary. Na ten temat więcej w tym wpisie: link

Paskiewicz rusza z armia na Warszawa, która wkrótce upada.

W 1920 podobny manewr oskrzydlenia Warszawy chcieli przeprowadzić czerwonoarmiści. Na szczęście dla odradzającego się państwa – manewr ten nie powiódł się.

Plan sytuacyjny z epoki i mapa na podstawie lidaru. Obecnie dwie wyspy tworzą jedną – nazywaną kępą dzikowską. Przyczółek po lewej stronie wisły znajdował sie nieopodal istniejącej obecnie ważelni soli. Lecz jest już niewidoczny w terenie.

Plan sytuacyjny mostów i przyczółków – zbudowanych na potrzeby przeprawy.

Opublikowano wojskowość | 1 komentarz

Fort XI Stefan Batory w Toruniu

Wielki Elektor – Grosser Kurfürst – taka była pierwotna nazwa fortu, w obecnej nomenklaturze noszącego nr 11, i imię Stefana Batorego.

Niestety stan w jakim znajduje się obecnie nie przynosi chwały naszemu królowi.

Jest to frot artyleryjski zbudowany w latach 1877-1884 dla kilkuset żołnierzy (około 600-700), i 20 dział o kalibrze do 150 mm. Artyleria fortu mogła pokryć ogniem teren do kilkunastu kilometrów od fortu. W roku 1894 fort został wzmocniony, dodano betonowe stropy i podniesiono wysokość i jakość nasypów.

W czasie I Wojny Światowej fort nie uczestniczył w walkach. Twierdza Toruń spełniła swoją funkcję odstraszającą. Niemcy opuścili go w 1918 i aż do 1922 budynki stały puste. Następnie został zaadaptowany przez Wojsko Polskie.

W 1939 roku Niemcy urządzili w Toruniu Stalag XXA dla jeńców wojennych. Jeden z pierwszych transportów z europy zachodniej to 4500 żołnierzy angielskich wziętych do niewoli w 1940 roku w okolicach Dunkierki. W 1941 roku do Torunia zaczynają przybywać żołnierze radzieccy – dla nie utworzono stalag XXC – straszne miejsce.

Żołnierze z zachodu zamknięci byli na terenie fortów i okolicznych baraków po lewej stornie Wisły. Trzymani byli w miarę znośnych warunkach. Musieli pracować przy budowie i naprawach infrastruktury, ale mieli obozową bibliotekę, posiadali ograniczoną możliwość kulturalnego, lub sportowego spędzania czasu, mieli szpital i obozową opiekę medyczną. Zorganizowali nawet teatr. Część z nich oddelegowano do pracy w gospodarstwach rolnych w okolicy. Jeńców w stalagu XXA było kilka tysięcy. W tym samym czasie Rosjanie zmuszeni byli żyć w okropnych warunkach na terenie obozu zlokalizowanego na zachód od fortu XI. Często nie dostarczano im żywności ani wody i schronienia. Był to raczej obóz zagłady, przeznaczony na wyniszczenie tych ludzi. Kilkanaście tysięcy z nich pochowanych jest na cmentarzu wojennym na zachód od miasta w lesie. Ostatnimi laty podczas prac budowlanych na terenie obozu na Glinkach w Toruniu odkryto szczątki kolejnych ofiar – często z czasów powojennych. Obóz XXC po wojnie od Niemców przejęli siepacze Stalina. Trzymano tam zarówno jeńców niemieckich jak i Polskich przeciwników politycznych. Mroczna karta historii Torunia, niestety jakże często pomijana.

Na temat obozu jenieckiego dla żołnierzy z europy zachodniej szerzej można poczytać w artykule Hanny Bukowskiej „Obóz jeniecki Stalag XXA w Toruniu 1939 –1945” Rocznik Toruński nr 40, 2013 r. Tam też dalsza literatura.

Fort XI jest zlokalizowany w okolicy stacji kolejowej Kluczyki. Infrastruktura tej stacji była rozbudowywana w czasie wojny. Jeńcy wojenni byli wykorzystywanie do pracy przy rozbudowie stacji. Jednocześnie przetrzymywano ich w forcie. Pamiątką tych czasów są napisy na ścinach kaponiery i kilku innych pomieszczeń:

Let Me Out You Bastards

Scotland For Ever

przekreślona swastyka FUCK IT!

oraz inne napisy, a także często bardzo wyrafinowane rysunki.  Pamiątki te są teraz ogólnie dostępne, i nie są w żaden sposób zabezpieczone. Co może doprowadzić do dewastacji.

Zapraszam do obejrzenia galerii.

Lokalizacja: https://goo.gl/maps/Mx3hAe5wt622

Wizyta: luty 2018

Opublikowano architektura militaris, architektura XIX wieku | Dodaj komentarz

Reduta w Osieku nad Wisłą (gm. Obrowo)

Wiele lat temu, będąc jeszcze na studiach trafiłem na pracę Jadwigi Karwasińskiej „Sąsiedztwo kujawsko krzyżackie 1235-1343”. Praca wydana w 1927 w cyklu Rozprawy Historyczne Towarzystwa Naukowego Warszawskiego ; t. 7, z. 1. Autorka opisuje tam między innymi dzieje kasztelani Słońskiej na przełomie XIII i XIV wieku.

Historia tego terenu związana jest od zawsze z solą. Warzelnictwo soli, przemysł z którego słynie znajdujący się nieopodal Ciechocinek znane było w tych stornach od wieków. Słońsk, a wcześniej niedaleki Otłoczyn były miejscami, w których warzono sól z wybijających słonych źródeł (zobacz też mój art. o kościele w Inowrocławiu). W Otłoczynie odkryto piec warzelniczy z późnego okresu przedrzymskiego (Antoni Jodłowski „Archeologia o początkach solnictwa na ziemiach polskich” 1977), oraz monety rzymskie. Przyjmuje się, że Otłoczyn leżał na trasie szlaku bursztynowego (odcinek Gopło-Zgłowiączka-Otłoczyn-Wisłą dalej na północ). Tutaj kupcy zajmujący się handlem bursztynem mogli także zaopatrzyć się w sól, jakże cenny surowiec w czasach prehistorycznych.

W średniowieczu warzenie soli miało nadal miejsce na tym terenie. Traktat księcia mazowieckiego Konrada z Krzyżakami z 1235 roku przewiduje, że rycerze niemieccy mogli korzystać z dwóch warzelni soli na Słońsku, ale zależało to od dobrych stosunków z rycerzem Hebdą (Karwasińska 1927r). Gród Słoński był ważnym miejscem we wczesnym średniowieczu, klucz słońskich włości obejmował tereny od okolic Raciążka na południu aż za Służewo na zachodzie, granica północna to okolice Brzozy Toruńskiej. Kasztelania Słońska stanowiła północno wschodnią granicę Kujaw. Znajdowała się tutaj komora celna i ważna przeprawa przez Wisłę. Znamienne, że po przeciwległej stornie od obecnego Słońska znajduje się miejscowość Osiek n. Wisłą.

Przytoczę tutaj fragment strony internetowej http://www.osiek.net:

W 1926 roku proboszcz z Nakła nad Notecią Ignacy Geppert wydał rozprawkę Dzieje Ziemi Nakielskiej aż do pierwszego rozbioru Polski, w której napisał: „Osiekami nazywano warowne schroniska w pobliżu głównych gościńców, bądź to na wyniesieniach, bądź też na urwiskach względnie na półwyspach. Przy zakładaniu osieków bardzo uważano na bliskość stojącej lub płynącej wody, dającej nieraz pewną obronę z boku lub z tyłu, niemniej łatwość dowozu żywności lub ucieczki czółnami w czasie pogromu, a zawsze możliwość dostania potrzebnej wody do picia, do przyrządzania posiłku. Kto zna położenie Osieka, ten rozumie doskonale jego pierwotne przeznaczenie.”

I tutaj dochodzimy do sytuacji która przydarzyła mi się ostatnimi czasy. Co jakiś czas „odpalam lidar” i podróżuje palcem po… hmmm ekranie. Ostatnimi czasy moje szczególne zainteresowanie zwracają krawędzie wysoczyzny ponad pradoliną Wisły w okolicach Torunia. Przeglądałem lewy brzeg Wisły w okolicy Ciechocinka w poszukiwaniu śladów grodziska Słońskiego i moją uwagę przykuł obiekt, który z doświadczenia od razu zinterpretowałem jako zagospodarowaną przez człowieka  pozycję obronną. Znajduje się ono dokładnie na przeciwko Słońska Dolnego, a więc domniemanego miejsca przeprawy przez Wisłę. Dalej od niego prowadzi droga w kierunku północno wschodnim od obecnej miejscowości Osiek do Obrowa, a później możemy wytyczyć trakt w kierunku grodzisk Rudaw, Steklin i Ciechocin. Z Osieka ku północy możemy łato dotrzeć do grodziska w Lubiczu i Złotorii.

Osiek – drogi średniowieczne.

Od wielu lat poszukuję miejsca, w którym mógłby znajdować się gród w Słońsku, i wydawało mi się, że niechcący natrafiłem na gródek w Osieku n. Wisłą będący strażnica brodu nad Wisłą. Bardzo byłbym zadowolony jeżeli moje przypuszczenia okazały by się słuszne.

Reduta Osiek n. Wisłą

Obiekt znajduje się około 500 metrów od obecnej linii brzegowej Wisły, jednak podczas wylewów Wisła podchodzi pod samą krawędź wysoczyzny – jest to widoczne np na zdjęciach google.maps. Relikty ukryte są w lesie i raczej nie udało mi się zrobić ani jednego zdjęcia na którym można by odpowiednio uchwycić te pozostałości.

Założenie jest w kształcie pięciokątne. Z każdej strony otacza je fosa, natomiast wysokość wałów nie przekracza 3 metrów. Są one najlepiej widoczne od strony północnej i wschodniej. Od zachodu wał jest najmniejszy. Obiekt położone jest na piasku, dlatego mogło ulec znacznej erozji.

Nie mogę znaleźć żadnych informacji na temat tego obiektu w publikacja w internecie, szukałem szczególnie w Rejestrze zabytków archeologicznych na stronie NID, ale nic nie znalazłem. Poszukam jeszcze w bibliotece UMK. Ale wydaje mi się, że nie jest to obiekt do tej pory zinwentaryzowany.

Stanowisko w Osieku n. Wisłą – po lewej widoczna krawędź wału

Stanowisko w Osieku n. Wisłą, majdan

Kliknij tutaj: film z wypadu na obiekt

Po konsultacji z doświadczonym archeologiem zmieniłem trochę spojrzenie na ten obiekt. Rzeczywiście kształt nie odpowiada średniowiecznej specyfice budowy grodzisk, są one bowiem raczej obłe w kształcie. Tutaj mamy proste linie i ostre kąty. Tak to często bywa, że widzimy to co chcemy zobaczyć i zawsze warto się skonsultować. Po rozmowie z Panem Leszkiem (pozdrawiam) dochodzę więc do wniosku, że stanowisko jest bardziej zbliżone do nowożytnych dzieł fortyfikacyjnych. Jest to raczej jakiś szaniec.

Tutaj dochodzimy do kolejnego faktu historycznego związanego z okolicą. W 1831 roku Polska jest w ogniu. Trwa powstanie Styczniowe. Po bitwie po Ostrołęką, która odwróciła losy powstania Generał Skrzynecki nie był już w stanie zagrozić armii rosyjskiej walną bitwą w polu. No może i był, ale po klęsce panował taki nastrój i chaos, że było by to bardzo trudno, a wódz naczelny postanowił skupić się na obronie stolicy. Jednakże dla marszałka Paskiewicza zdobycie Warszawy też nie było zadaniem prostym. Warszawa była silnie broniona i zdobycie jej od wschodu było nie lada wyzwaniem. Marszałek musiał okrążyć stolicę Polski i uderzyć od zachodu. Miał dwa wyjścia mógł to zrobić od południa i północy. Zdecydował się na to drugie z powodu prawie jawnej przychylności Prusaków. Pruska armia najprawdopodobniej wspierała Rosjan w dostawach furażu i żywności dla armii. Niewykluczone, że wspomogła w budowie przeprawy. Nie będe się w to zagłębiał, bo różne są zdania na ten temat. Grunt, że na przeprawę wybrano tereny w bliskiej odległości od granicy z Prusami. Dzięki temu Paskiewicz nie musiał obawiać się okrążenia od północy. Znajdował się wystarczająco daleko od sił polskich w Modlinie i blisko sojuszników. Po lewej stornie rzeki nie było nikogo i nic co by mu mogło przeszkodzić w formowaniu oddziałów po przeprawie. Tak więc po prawdopodobnej rosyjskiej dywersji, która doprowadziła do nocy 15 sierpnia, rozruchów, samosądów i całkowitego rozbicia politycznego przywódców powstania w Warszawie, nie niepokojona przez nikogo armia Paskiewicz na początku lipca 1831 roku stanęła pod Osiekiem i celem okrążenia Warszawy rozpoczęto przeprawę przez Rzekę. Do przeprawy wykorzystano istnienie dwóch wysp na Wiśle. Obecnie mamy jedną wyspę. Przeprawiono tutaj kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy. Pozycja o której tu mowa mogła być północną strażnicą przeprawy. Ponieważ łacha znajduje się jakiś kilometr w górę rzeki. Wyjaśniałoby to dlaczego od północy i wschodu umocnienia są najlepiej widoczne. Na marginesie podobny manewr chcieli wykonać czerwonoarmiści w 1920 roku. Lecz na szczęście nie mieli tak sprzyjających warunków.

Załączam link z ciekawej dyskusji na stornie historycy.org. LINK

Lokalizacja: tutaj

Wizyta: styczeń 2018

Opublikowano architektura militaris, architektura XIX wieku | Otagowano , , | 5 Komentarzy

Wieża obserwacyjna w Cabo Roig

Na wybrzeżu Morza Śródziemnego, nieopodal Alicante znajduje się region zurbanizowany Cabo Roig. Wybrzeże, jak i całe Morze Śródziemne było nawiedzane przez piratów od starożytności do czasów nowożytnych. Jest to związane ze specyfiką tego akwenu, Morze łączy wiele kultur, krajów i siłą rzeczy dostawców różnych towarów. Wybrzeże to tereny bogate i obfitujące w różne towary, a także bardzo zróżnicowane i pełne naturalnych portów, gratka dla rozbójników morskich.

Wybrzeże nieopodal wieży Cabo Roig

Jednymi z nich byli piraci Berberyjscy. Piractwo, po względnie spokojnym okresie średniowiecza, rozwinęło się szczególnie od XV wieku, gdy handel na Morzu rozkwitł na dobre. W tym czasie w Hiszpanii zakończyła się reconquista, masy Arabów wyemigrowały na tereny dzisiejszego Maroka i Algierii. Tam przy wsparciu Mamaeluków i potem Turków organizowali wypady łupieżce na południowe wybrzeże Europy.

wieża Cabo Roig

Wieża w Cabo Roig jest pamiątką tamtych czasów. Budowla pochodzi z XVI wieku, stoi na wysokim klifie tuż nad zatoką będącą naturalnym portem. Zbudowana z kamienia ma 18 metrów wysokości. Ściany są nachylone. Wewnątrz znajdują się dwa poziomy (pierwszy nakryty sklepieniem, drugi drewnianym stropem) i taras obserwacyjny na szczycie. Do wejścia prowadzą malutkie drzwi. Służyła ona do obserwacji terenu, niestety nie byłem na szczycie, ale już z podnóża wieży rozciąga się widok na wiele mil.

wieża Cabo Roig

Lokalizacja: https://goo.gl/maps/mzC7hN2pCLF2
Wizyta: Lipiec 2017

Opublikowano architektura militaris, architektura nowożytna | Otagowano , , | Dodaj komentarz